Nie taka haremówka straszna jak ją rysują
Zapewne większość z was jak słyszy słowo haremówka otrzymuje odruchy wymiotne i palpitację. Przed oczami zwykle pojawia się wtedy grupka bezmózgich żeńskich postaci, napalonych na głównego protagonistę. Standardem jest również, że bohater, zamiast w mądry sposób wykorzystać sytuacje, jest skończonym idiotą i z niczego nie zdaje sobie sprawy.
Jasną sprawą jest, że dosłownie każdą szanującą się osobę by to odrzuciło – w tym mnie. Do niedawna, gdyby ktoś by mi powiedział, że jedna z moich ulubionych serii będzie haremówką to bym go wyśmiał i umówił na wizytę z psychiatrą. A jednak… stało się.

Pięcioraczki.
Go-Toubun no Hanayome / The Quintessential Quintuplets opowiada o pięciu siostrach, które… lekko mówiąc, kiepsko się uczą. Z tego powodu ich ojciec wynajmuje korepetytora, czyli głównego bohatera. Jak możecie się domyślać, więcej niż jedna z sióstr po jakimś czasie będzie czuć coś do protagonisty. Autor jednak przeprowadził bardzo ciekawy zabieg.
Tuż na samym początku widzimy scenę ślubu głównego bohatera z jedną z sióstr. Haczyk polega na tym, że jak to pięcioraczki – wszystkie wyglądają tak samo. Od tego momentu możemy się jedynie domyślać, spekulować i trzymać kciuki, żeby Uesugi – czyli główny bohater, wybrał siostrę, która najbardziej przypadła nam do gustu. Z miejsca mogę was zapewnić, że postać, którą na początku znienawidzicie, później pokochacie, a którą od początku pokochaliście, znienawidzicie. Wszystko to dlatego, że autor lubi bawić się stworzonymi przez siebie bohaterami – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Absolutnie każdy w końcu przechodzi spory character development, więc nie można powiedzieć o nikim że jest nudną postacią. Ma to oczywiście swoje wady i zalety.

Oryginał czy adaptacja?
Tytuł w tym roku (w zimowym sezonie), dostał animowaną adaptację. Ma 12 odcinków, więc obejmuje jedynie początek mangi. Nie będę owijał w bawełnę. Nie jest to adaptacja idealna. Już na pierwszy rzut oka widać, że studio miało niski budżet przez co anime wygląda – nie oszukujmy się, biednie. Nie znaczy to oczywiście, że nie będzie to przyjemnie spędzony czas przed ekranem, jednakże pierwszy sezon anime to tak naprawdę jedynie wprowadzenie do prawdziwej emocjonalnej rozpierduchy, jaką funduje nam manga.
No właśnie, manga. Autor Negi Haruba, ma prawdziwy talent w rękach. Każdy rozdział jaki dostajemy nie dość, że fabularnie cię powali na kolana, to jeszcze jego niektóre panele sprawią iż zaniemówisz z wrażenia.

Ciężkie życie korepetytora
Jak wspomniałem na samym początku, gdy myślimy o głównym bohaterze haremówki, w głowie mamy idiotę, który nigdy nie potrafi sobie zdać sprawy z uczuć jego adoratorek. Uesugi Fuutarou, choć na początku może się taki nie wydawać, jest w pełni świadomy rzeczy, które się wokół niego dzieją. Niestety jako korepetytor musi porzucić te wszystkie trywialne rzeczy, żeby móc zająć się tym za co mu płacą – nauką pięcioraczek. Problem jest jedynie taki, że pomimo tego iż bohaterki nie są głupie, to przedmioty szkolne wchodzą im do głowy boleśniej niż maraton Boku no Pico.
Oczywiście jak możecie się domyślić – nie będzie tak przez cały czas. Bohaterki mają swoje marzenia, cele i do nich na przestrzeni fabuły dążą. Jak to w życiu bywa, nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli i dokładnie tak samo jest tutaj. Są momenty euforii, są zgrzyty zębami. Wszystko to mocno oddziałuje na odbiorcę, tak bardzo, że nawet ja, jako osoba praktycznie nigdy nieroniąca łez, uroniłem ich kilka.

Haremówki – zło absolutne?
Mam nadzieję iż przekonałem choć niektórych, że nie wszystkie haremówki są gówniane. Jest wiele serii – które pomimo przynależności do tego gatunku, potrafią zaskakiwać i sprawiać przyjemność. Jeśli tytuł was w jakimś stopniu zainteresował to polecam zapoznać się z mangą. Jeżeli jednak zdecydowanie preferujecie anime, to warto najpierw poczekać na drugi sezon, który rozwinie wiele wątków i charaktery postaci.