My Hero Academia: Heroes Rising — co poszło nie tak?

O serii w świecie, w którym większość społeczeństwa ma jakieś nadnaturalne moce, słyszał chyba każdy. My Hero Academia to międzynarodowy hit, który tylko od swojego pojawienia wstrząsnął światem. Tytuł doczekał się już 4 sezonów anime (obecnie oczekujemy piątego), kilku mangowych spin-offów, nowelki oraz dwa filmy. Właśnie o nich, a dokładniej o My Hero Academia: Heroes Rising mam zamiar dzisiaj mówić.

Termin tasiemiec w weebowskim slangu oznacza serię, która jest wybitnie długa. Zwykle liczy sobie wiele setek rozdziałów oraz równie dużo animowanych odcinków. Sztandarowymi przykładami tasiemców są takie tytuły jak One Piece, Naruto, Dragon Ball, Bleach, Hunter x Hunter oraz wiele innych. W porównaniu do nich My Hero Academia wydaje się małym i niepasującym do tego terminu tytułem. Jednakże biorąc pod uwagę fakt, jak ogromne możliwości rozwoju ma uniwersum Akademii Bohaterów, jaką popularność osiąga na całym świecie oraz to, że na razie nie widać jej końca, jestem pewien, że będzie mogło konkurować ze swoimi protoplastami.

Każdy początek ma swój koniec

Nikt (w tym zapewne sam autor — Kouhei Horikoshi) nie spodziewał się na początku, że My Hero Academia osiągnie TAKI sukces. Nie jest sekretem, że Horikoshi musiał mieć w planach zakończenie, że tak ujmę “przedwczesne”. Coś, co podobałoby się czytelnikom i nie wywoływało wrażenia zrobienia na siłę.

Jak już możecie się domyślać — właśnie o tym jest film My Hero Academia: Heroes Rising. Nie będę ukrywał, że posiadałem ogromne nadzieje i oczekiwania co do tego filmu. Oczekiwałem niesamowitej animacji oraz faktycznie satysfakcjonującego zakończenia. Z jednej strony film przerósł moje oczekiwania, a z drugiej… nie spełnił ich wcale.

Życie na wyspie

Zacznijmy jednak od początku. Film zaczyna się tym, że nasza klasa bohaterów, posiadając już swoje tymczasowe licencje bohaterów, wyrusza na wyspę oddaloną od Japonii. Zostają oni tam wysłani na samodzielne praktyki, w których muszą poradzić sobie samemu, bez żadnych pełnoprawnych bohaterów. Nikt nie spodziewa się żadnych problemów, ponieważ podczas ostatnich 30 lat na wyspie nie pojawił się praktycznie żaden złoczyńca. Bohaterowie prowadzą tam dość sielankowe życie, zdejmując koty z drzew czy przeprowadzając staruszki przez ulicę.

Spokój nie trwa jednak wiecznie. Arkadię przerywa, jakżeby inaczej, złoczyńca. Jak się dowiadujemy, jest on obiektem testowym posiadający komórki All for One. Oznacza to, że jest on w stanie kraść supermoce innych ludzi.

Antagonista to pierwszy poważny problem tego anime. Jak na zakończenie, choćby i alternatywne, wypadałoby stworzyć jakiegoś charyzmatycznego adwersarza, z wyrazistym i dobrze zarysowanym motywem. Tymczasem dostaliśmy kolokwialnie mówiąc, karton. Nie ma on żadnego motywu, pojawia się znikąd, nie wiemy o nim praktycznie nic. Nawet jego design wygląda jakby był biedniejszą wersją faktycznego antagonisty serii — Shigarakiego Tomury

Zarzutów ciąg dalszy

Myślicie sobie, że skoro antagonista jest kiepski, to może chociaż zakończenie jest dobre? I tak, i nie. Muszę przyznać, że zamysł był FENOMENALNY. Prawdę mówiąc, nawet nie obraziłbym się, gdyby seria faktycznie się w ten sposób skończyła. Jest jednak jedno małe “ale”. Z jednej strony jest to typowy fillerowy film, a z drugiej mamy tutaj alternatywne zakończenie całej serii. Widać, że twórcy byli zmieszani i ostatecznie wybrali bezpieczną, pierwszą opcję. To, według mnie, jest największą bolączką tego filmu. Mogliśmy mieć naprawdę przełomowe dzieło, a dostaliśmy kolejny generyczny tytuł z… siłą przyjaźni na czele. Psuje to mocno cały odbiór filmu i pozostawia gorzki smak w ustach po zakończeniu seansu.

Żeby nie było, że tylko i wyłącznie narzekam, mam zamiar skupić się teraz na największej zalecie filmy, a mianowicie na jego wyglądzie. Śmiało mogę powiedzieć, że gdybym nie oglądał wcześniej REDLINE, to My Hero Academia: Heroes Rising byłby najładniejszym animowanym filmem, jaki kiedykolwiek oglądałem.

Animacja dosłownie w każdym momencie zapiera dech w piersiach. To, co postacie wyczyniają mrozi krew w żyłach, a to jak środowisko reaguje na ich spektakularne czynności sprawia, że oczy wychodzą z orbit.

Jedyną graficzną rzeczą, która kłuje w oczy są chmury, które z jakiegoś powodu są w CGI. Nie jest to jednak nic, co mogłoby zmienić moją opinię o szacie graficznej filmu.

Tak blisko ideału

Przyznam się bez bicia, że jestem fanem shounenów, a co za tym idzie serii My Hero Academia. Dlatego pomimo tylu wad nie potrafię patrzeć na ten film źle. Już na samo wspomnienie o jego oprawie wizualnej mam gęsią skórkę. Niektórych walk nigdy nie zapomnę i mam zamiar do nich regularnie wracać. Oczywiście boli mnie to, jak film z TAK ogromnym potencjałem został TAK spłycony. Nie zmienia to jednak pewnego stanu rzeczy, a mianowicie tego, że nie jestem wam go w stanie nie polecić. Fakt zapoznania się z pierwotną wizją autora oraz fenomenalną animacją, jakiej nie zobaczycie nigdzie indziej, jest w mojej opinii wystarczającym powodem żeby poświęcić te półtorej godziny i zapoznać się z tym małym, wizualnym dziełem sztuki.